Mała rzecz, a cieszy. Zdolny rudzielec znów atakuje, i choć jest to "tylko" skromny remix, to ofensywa nadal jest skuteczna. Dostajemy serię z 2stepowej rytmiki, łagodnych elektronicznych padów i dobrze współpracujących, zreeverb'owanych głosów Mike'a Skinnera i Archy'ego Marshalla. Atak odczułem i czekam na mocniejszy szturm. Good job!
środa, 16 lutego 2011
wtorek, 15 lutego 2011
Charles Bradley - No Time For Dreaming

Jeśli uważacie że zdanie "nigdy nie jest za późno" to bujda, to mam dla was niezbity dowód, że to piękna prawda. Panie i panowie! Oto Charles Bradley! Ten urodzony na Florydzie w 1948 roku wokalista w styczniu wydał swoją płytę... Debiutancką płytę. Jak to możliwe, że w 2011 roku ktoś wydaje 63 latka śpiewającego genialny soul niczym wyjęty z lat siedemdziesiątych? Jak bym usłyszał taki głos też nie zastanawiałbym się ani sekundy. Słuchając singla "The World" pomyślałem sobie, że musiał za młodego kochać Jamesa Browna. I nie myliłem się, bo jego fascynacja muzyką rozpoczęła się, gdy siostra Charlesa zabrała go, biednego chłopaka, który dzieciństwo spędził na ulicach nowojorskiego Brooklinu, na pamiętny i kultowy koncert z 1962 "Ojca Chrzestnego" muzyki soul w The Apollo. Od tamtej pory Brown był jego guru. Jak już wspomniałem, Charles był biednym chłopakiem, więc nie mógł rozwijać swojego muzycznego talentu tak jak inni. Musiał pracować w barze za śmieszne pieniądze, żeby się jakkolwiek utrzymać. Gdy los zaczął się do niego nieśmiało uśmiechać, pozwalając mu występować ze swoim zespołem "do kotleta", chwilę później spłatał mu figla zabierając jego muzycznych kolegów do Wietnamu. Charles szukał szczęścia tułając się autostopem po całych Stanach w poszukiwaniu lepszej pracy, ale podróż skończył jako... kucharz. Szansę wyczuł dopiero kilkanaście lat później, gdy zaczął występować z repertuarem nie kogo innego jak Jamesa Browna. Jego kariera rozpędzała się, można powiedzieć, że dopiero w tym okresie posiadał jakąkolwiek nie przypadkową publikę. I znowu, gdy tylko Charles się rozpędzał, życie go hamowało... Pewnego dnia obudziły go w domu swojej matki policyjne syreny. Okazało się, że jego brat został zastrzelony. W tym momencie Charles stracił głowę i motywację do muzyki. Ale zła moneta musiała się kiedyś odwrócić. I tak też się stało. Jeden z jego "Brownowskich" występów przypadkowo zobaczył człowiek z Daptone Records, wytwórni która specjalizuje się w takich brzmieniach i w 2002 wskrzesili karierę Sharon Jones. Takim sposobem, po kilku singlach, ten genialny wokalista z ulicy spełnia swoje marzenie i wydaje dziś debiutancki album. Po blisko 50 latach starań. A żeby "happy end" był do końca spełniony, to powiem, że album jest niesamowity.
I choć nie sądzę, żeby ta płyta osiągnęła jakiś wielki sukces komercyjny (co pewnie by się stało, gdyby to samo nagrał powiedzmy Cee Lo Green), to ci, którzy tęsknili za brudnym, mocnym i co najważniejsze prawdziwym brzmieniem najczarniejszego Soulu będą zachwyceni. Tak jak ja.
I choć nie sądzę, żeby ta płyta osiągnęła jakiś wielki sukces komercyjny (co pewnie by się stało, gdyby to samo nagrał powiedzmy Cee Lo Green), to ci, którzy tęsknili za brudnym, mocnym i co najważniejsze prawdziwym brzmieniem najczarniejszego Soulu będą zachwyceni. Tak jak ja.
niedziela, 13 lutego 2011
Tyler, The Creator - Yonkers
Kolejny młody kot pokazuje potencjał. Tyler to raper i producent pochodzący z Los Angeles i nawijający w ekipie OFWGKTA (Odd Future). Ten typ to rocznik 91, a ma już na koncie studyjny album zatytułowany "Bastard" wydany w 2009 roku. Teraz atakuje urywającym dupę singlem "Yonkers", który zapowiada zaplanowaną na kwiecień drugą solówkę tego młodziaka - "Goblin". Cóż mogę powiedzieć? O tym gościu z głosem niższym niż Chali2na, bitami niczym mroczna wersja Cool Kidsów i (dosłownie) chorymi tekstami jeszcze się nasłuchamy. Klip jest "mocny", ale idealnie uzupełnia wersy przypominające twórczość pacjentów psychiatryka. Słuchając tego numeru od razu przychodzą mi na myśl skojarzenia z Gravediggaz czy Eminemem z czasów "Slim Shady LP", tylko całość ubrana jest w nowoczesne podkłady. Czekam.
"here’s the number to my therapist
tell him all your problems, he’s f-ckin’ awesome with listenin’"
poniedziałek, 7 lutego 2011
Koncertowo.
Najbliższy weekendzik zapowiada się bardzo smakowicie dla warszawiaków. Co prawda przyjeżdżają postacie z dwóch innych światów, ale myślę, że warto wybrać się na oba wydarzenia.
DJ VADIM & YARAH BRAVO w klubie Ósmy Dzień Tygodnia 11.02

Dj Vadim to utalentowany rosyjski producent, który urodził się w Petersburgu, dorastał w Londynie a teraz rezyduje w Stanach lub w Niemczech. Dawno temu zachwycili się nim w bardzo szanowanym i kultowym już labelu Ninja Tune, który zrobił z niego "gwiazdę". Jego muzyka to fuzja hip - hopu z soulem, funkiem, reggae, elektroniką czy nawet afrobeatami co zaowocowało wieloma ciekawymi kolaboracjami, czy to studyjnymi, czy koncertowymi, między innymi z DJ Krushem, The Roots, Dilated Peoples czy Kraftwerk. Podsumowując - kreatywny gość.
Yarah Bravo to żona pana opisanego wyżej, ale jej rola nie ogranicza się do bycia grouppie. ;) To bardzo utalentowana raperka i wokalistka, która z Vadimem tworzy idealnie zgrany duet na scenie. A co umie można usłyszeć chociażby na jej solówce z 2008 roku (próbeczka), pod tytułem "Good Girls Rarely Make History", którą bardzo polecam.
Mimo iż duet ten już nie raz był w naszym kraju, to myślę, że warto się wybrać, bo są oni gwarancją dobrej, bujającej i energetycznej imprezy. A do tego bilet (na tą chwilę) kosztuje 30 zł, czyli niewiele.
oprócz wyżej wymienionej dwójki:
KWAZAR & WIOSNA (Respecta & Camino Blue)
MONO (Respecta, Łódź)
J-SON (Grupa Biznes)
GREENJESUS (Weź się uczesz)
OLOTASAK
Start 21.00
-------------------------------------------------------------------------------------------------
Jamie XX w 1500m2 12.02

Yarah Bravo to żona pana opisanego wyżej, ale jej rola nie ogranicza się do bycia grouppie. ;) To bardzo utalentowana raperka i wokalistka, która z Vadimem tworzy idealnie zgrany duet na scenie. A co umie można usłyszeć chociażby na jej solówce z 2008 roku (próbeczka), pod tytułem "Good Girls Rarely Make History", którą bardzo polecam.
Mimo iż duet ten już nie raz był w naszym kraju, to myślę, że warto się wybrać, bo są oni gwarancją dobrej, bujającej i energetycznej imprezy. A do tego bilet (na tą chwilę) kosztuje 30 zł, czyli niewiele.
oprócz wyżej wymienionej dwójki:
KWAZAR & WIOSNA (Respecta & Camino Blue)
MONO (Respecta, Łódź)
J-SON (Grupa Biznes)
GREENJESUS (Weź się uczesz)
OLOTASAK
Start 21.00
-------------------------------------------------------------------------------------------------
Jamie XX w 1500m2 12.02
Po piątkowej dawce hip hopu i soulu na sobotę zarezerwować warto czas na trochę klubowej alternatywy. Jamie XX to człowiek który w głównej mierze odpowiedzialny jest za brzmienie odkrycia roku 2009, zespołu "The XX". Mimo iż gitarowe riffy zamienia na elektroniczne dźwięki, to poziomu nie zniża ani trochę. Jego wyczucie brzmienia i wrażliwość muzyczna jest nieziemska, co owocuje tym, że choć to muzyka klubowa, to jednocześnie są to rzeczy pełne emocji. Emocji podobnych do tych jakich doświadczaliśmy słuchając np. hmm..., Four Teta (?), choć sama koncepcja jest zupełnie inna. Na dodatek na pewno będzie czego posłuchać, bo Jamie jest właśnie tuż przed wydaniem wyprodukowanego przez niego remix-albumu Gila Scotta Herona "I'm New Here", który zatytułował "We're New Here". ;)
oprócz Jamiego na głównej.
Supra1 (Trouble&Bass)
bshosa (detroitZDRóJ)
Dr Dip (detroitZDRóJ)
Kosakot (Sorry, Ghettoblaster)
The Phantom (Senseless, Top Billin)
Cena? Do 11.02 uwaga... 25 ZŁ!
Start: 22.00
oprócz Jamiego na głównej.
Supra1 (Trouble&Bass)
bshosa (detroitZDRóJ)
Dr Dip (detroitZDRóJ)
Kosakot (Sorry, Ghettoblaster)
The Phantom (Senseless, Top Billin)
Cena? Do 11.02 uwaga... 25 ZŁ!
Start: 22.00
niedziela, 6 lutego 2011
Deaf Center - Owl Splinters

Deaf Center to norweski duet w skład którego wchodzą Erik Skodvin i Otto Totland - szkolni przyjaciele, któzy postanowili razem pisać muzykę. Proste prawda? Owszem, ale ich muzyka jest dużo głębsza i ciekawsza niż sposób powstania "DC". W 2005 roku narobili sporo szumu swoim pierwszym albumem długogrającym zatytułowanym "Pale Ravine". Płyta ta była dla mnie czymś w rodzaju soundtracku do nieistniejącego filmu i otrzymała genialne recenzje od branżowych portali. Teraz, po 6 latach wypuszczają swoje drugie dzieło - "Owl Splinters". I trzeba przyznać, że jest równie dobre, co pierwsze. Co ważne, Deaf Center mają swoje, bardzo charakterystyczne brzmienie, a obracając się w dzisiejszych czasach w okolicach gatunków modern classical/ambient o to bardzo trudno. Na "Owl Splinters" dostajemy piękne, długie, drone'owe wręcz dźwiękowe przestrzenie, które pięknie współgrają z fortepianowymi miniaturami, a wszystko to ubrane jest w formę muzycznego, pełnego napięcia thrillera. Świetnym zabiegiem jest umieszczenie skrzeczących i skrzypiących partii smyczkowych wspaniale wypełniających kompozycje, które od razu skojarzyły mi się z muzyką Richarda Skeltona z "Marking Time". Zresztą całą płytę można skojarzyć z twórczością czy to Skeltona, Irisarriego, Marsena Julesa czy Juliena Neto. A mimo to od razu wiesz, że to Deaf center. I to jest chyba najlepsza rekomendacja.
czwartek, 3 lutego 2011
Jose James - Vicadin
Jose uraczył nas na soundcloudzie swoim nowym kawałkiem zatytułowanym "Vicadin". Za produkcję odpowiada nie kto inny jak Jimi Hendrix (przynajmniej wg. pani Hobbs) kalifornijskich bitów - The one and only Flying Lotus. A jak zdążyliśmy się przekonać na "Blackmagic", to połączenie to strzał w dziesiątkę. Nie inaczej jest w przypadku "Vicadin". Numer płynie w klasycznym dla tego duetu stylu. Delikatny, muskający bit wokal Jose Jamesa idealnie wpasowuje się w dość ubogi melodycznie, ale niesamowicie hipnotyzujący podkład. Jednym słowem mistrzostwo. Gnębi mnie tylko pewne pytanie. Podobno ten numer to odrzut z sesji do "Blackmagic". A pytanie brzmi: JAKIM CUDEM TEN NUMER TO ODRZUT?
nie mam pojęcia... :)
VICADIN by josejamesworldwide
Damn.
środa, 2 lutego 2011
Bibio - Excuses
Pojawił się singiel zapowiadający chyba jeden z najbardziej oczekiwanych albumów 2011 roku - "Bibio - Mind Bokeh". Stephen Wilkinson jest już jakiś czas na scenie, ale zatrząsł nią dopiero w 2009 roku płytą "Ambivalence Avenue". I trzeba przyznać, że poprzeczkę postawił sobie bardzo wysoko. Teraz przychodzi do głowy pytanie. Czy nowy album będzie kontynuacją stylu z "AA"? Nie wydaje się to mądrym pomysłem, bo ciężko byłoby mu się wzbić wyżej. Singiel rozwiewa wątpliwości, że Bibio postanowił trochę uciec od tej stylistyki. Słychać tu dużo więcej koneksji z IDM'em, brzmienie jest ostrzejsze, surowsze. Z drugiej strony łagodne naleciałości bardzo ładnie się tu wpasowują, wyczuwam nutę Jamesa Blake'a. Singiel naprawdę przyjemny, chociaż jeśli to ma być największa bomba z płyty (co oczywiście nie jest powiedziane) to chyba poprzedniczki nie przebije. Bardzo fajna rzecz, czekam na album, mam nadzieję, ze się nie rozczaruję.
Subskrybuj:
Posty (Atom)