Nowe LP od Calibre, Drum and bassowego (a ściślej - liquid funkowego) producenta pochodzącego z Belfastu, którego śmiało można nazwać weteranem i klasykiem. Po krótkim epizodzie z dubstepem i downtempo, Dominick Martin wraca do swojego brzmienia. Przepięknie łączy chillout z lekkostrawnym d'n'b. Nie sili się na jakieś pokazy techniki i kosmicznego kunsztu, nie łamie rytmu, co dzisiaj jest bardzo modne, nie usłyszymy tu "wiertarkowych" bassów. Usłyszymy za to jak pięknie może płynąć ten wymierający gatunek, który Calibre podtrzymuje przy życiu. Mamy tu esencję drum and bassu, z wyczuwalną nutą starszych dżangli i rzeczy wypuszczanych spod szyldu Good Looking records, co nie wyklucza charakterystycznego stylu Martina, którego nie sposób pomylić z żadnym innym. Miodzio!
1. All You Got 2. Even If 3. Rose 4. Broken 5. Thirst Dub 6. Me Myself And I 7. Steptoe 8. Open Your Eyes 9. Acid Hands 10. Section Dub 11. Gone Away 12. No Reply 13. Manchester Nights
Byłem w Hard Rocku i to był jeden z lepszych eventów w moim życiu, w związku z tym wybieram się drugi raz i jestem pewnien, że nie będę żałował. Mega moc!!!
Jakbym słyszał soundtrack do filmu Quentina Tarantino. Genialny numer, pełen energii, ze świetnym tekstem. Tyle, po co pisać więcej, to muzyka powie za mnie i za ciebie.
Arts the Beatdoctor to pseudonim utalentowanego, pochodzącego z Utrechtu producenta, specjalizującego się w hip-hopie, ale czerpiącego jednocześnie z jazzu, soulu i funku. W 2005 dało o sobie znać epką "Fragments", która okazała się zapowiedzią jego genialnego debiutu "Transitions". Arts ma niesamowicie naturalne wyczucie dźwięku. Słuchając jego kawałków mam wrażenie, że niczego im nie brakuje. Jego styl jest niepodrabialny, i choć nie jest to jakaś niesamowicie znana ksywka wśród hip-hopowych producentów (nawet w Holandii), to wg. mnie jest to postać która, gdy zwiększy swój dorobek muzyczny, może spokojnie aspirować do grona wielkich, i dołączyć do Dj Shadowa czy Krusha. Do czasu gdy usłyszałem Artsa, nie sądziłem, że na Holenderskiej scenie może pojawić się ktoś, kto bitami przebije Nicolaya. A jednak. Polecam ogromnie. Poza tym koleś na żywo też wypada nieziemsko.
1. Arts The Beatdoctor - Blending Quality (3:55) 2. Arts The Beatdoctor - The Anthem (3:04) 3. Arts The Beatdoctor - Laughs, Drinks, Jokes, Tricks (2:56) 4. Arts The Beatdoctor - Revolve (5:29) 5. Arts The Beatdoctor - Crazy Times (4:15) 6. Arts The Beatdoctor - Split Personality Part 1 (5:54) 7. Arts The Beatdoctor - All Of Us (3:43) 8. Arts The Beatdoctor - Fragments (3:54) 9. Arts The Beatdoctor - Decreasing Daylight (3:38) 10. Arts The Beatdoctor - Transitions (4:32) 11. Arts The Beatdoctor - Irreversible (3:42) 12. Arts The Beatdoctor - Remember (4:56) 13. Arts The Beatdoctor - Reprise (2:21) 14. Arts The Beatdoctor - Mellow Drama (4:32) 15. Arts The Beatdoctor - The Zone (5:58)
Debiutancki, solowy album niejakiego edIT'a, członka The Glitch Mob. I glitch dalej występuje w roli głównej. Szczerze mówiąc, ta płyta zjada drugią "Certified Air Raid Material" na śniadanko, która śmierdzi mainstreamem na kilometr. Pełno tu zgrzytów, trzasków, brzdąknięć. Niby chaotycznych, ale w gruncie rzeczy składających się na utwory dopracowane i perfekcyjnie zaaranżowane, niemal z chirurgiczną precyzją. A połączenie żywych instrumentów, z mechaniczną wręcz formą glitchowej perkusji daje piękne efekty. Do sprawdzenia dla fanów zgrzytu i nie tylko, 10/10.
Że ja o tym kalifornijczyku nic nie słyszałem? Jak to się stało. Toż to geniusz abstract beatów. Nic o nim nie wiem więc nie będzie wypracowania. Powiem tylko, że brzmi coś jak połączenie Lukida, AFTA-1 i Dimlite'a. Jarać się! LP za free z bandcampa.
W związku z tym kilka rzeczy które ostatnio regularnie goszczą u mnie na głośnikach.
1. Juj - Slack.
Pod tą głupią ksywką, kryje się kalifornijski producent o którym niewiele wiem, poza tym, że niszczy system swoim vibem. Esencja nowych bitów którą można lepiej zbadać przesłuchując jego dość świeże LP zatytułowane "Slack".
Śmiało można ich nazwać polską Jazzanovą. Naprawdę. Ten warszawski kwartet to coś czego od jakiegoś czasu brakuje mi na polskiej scenie muzycznej. To liveband świetnie łączący jazz i funk, a do tego wpisujący się również w klimaty downtempo. Polecam.
P.S. Na następnej płycie proszę o jakąś wokalistkę, i mamy hit made in Poland.
Taaaak. Uwielbiam to uczucie, kiedy czekam na kolejną płytę jakiegoś wykonawcy, a on mnie nie zawodzi. Duet Pulshar pokazał, że genialny debiut to nie gwóźdź do trumny. "Inside", to pyszna porcja dubowego lenistwa, równie smakowita co "Brotherhood", a jednak chyba bardziej słodka. Brzmienie "Inside" jest jakby bardziej pozytywne, ale wciąż nie da się pomylić kto za tym wszystkim stoi. Piękne.
Czarne Mleko po raz kolejny miażdży, tym razem perkusją. To co robią bębny na tej płycie to poezja. Tytuł płyty wcale nie przesadzony, przynajmniej w kategorii Rap/Hip Hop ma już pewną nominację.
Z kategorii retro. Terry, przyjaciel z dzieciństwa Curtisa Mayfielda, nagrał świetną, klimatyczną płytę, do której często wracam. Jego wokal ma w sobie jakiś element, który przyciąga jak magnes. Ten człowiek niesamowicie czuje muzykę, ma to coś, czego dzisiaj często mi brakuje wśród "artystów", którzy tak naprawdę powinni nazwać się "odtwórcami", ma feeling! I love it. Poza tym punktuje u mnie otwartością głowy, ma na koncie współpracę z takimi markami jak: Massive Attack, Nujabes czy Kyoto Jazz Massive.
Łapcie jeden z moich ulubionych numerów of all time!
Na koniec coś mocniejszego. Niuskulowy drum & bass. Alix Perez, Noisia, Stray i Joe Seven dają kopa. Najwyższa półka. Nie będę się rozpisywał, powiem tylko tyle, że słychać w tym mrok.